akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Stefan Pastuszewski - Jak w gęstej zupie...

Przynajmniej mnie proza TADEUSZA ZUBIŃSKIEGO przywodzi na myśl zachłanność. Zachłanność na ludzi, zdarzenia, sytuacje, szczegóły. Jest tak gęsta i bogata, a zarazem w ogólnym wyrazie jednorodna niczym Bursztynowa Komnata, po którą jak po złote runo jeździ ów pisarz wraz z innymi braćmi inflanckimi na północny wschód Europy – gniazdo romantyzmu i... ujmującego w swej dziecięcej prostocie, pragmatyzmu.

Powieść składa się z niezwykle przekonywujących i perfekcyjnie zbudowanych bohaterów. Każdy z nich posiada realne motywacje, swój własny język, własną psychikę, własne marzenia, sukcesy i porażki. II Rzeczpospolita nie była monolitem, krajem bez dialektów, bez Białorusinów, Ukraińców, Rosjan, Litwinów, Słowaków, Żydów. Dziś natomiast wszyscy w zasadzie mówimy tak samo, tak samo określamy rzeczywistość. Świat stał się mniejszy za sprawą mediów i globalizacji ekonomicznej. Wtedy każdy był z „innej planety”. I tę odmienność w sposób wręcz mistrzowski odzwierciedla autor „Sprawiedliwego w Sodomie”.

Więcej …

Z archiwum

Dariusz Eckert - Dzwon

Brat Szymon czuł już na sobie uważne spojrzenie Boga. Dlatego zawsze na wieżę wychodził sam, braciszkowi do pomocy kazał przychodzić w chwilę po sobie. Żeby nie widział jak dyszy na 
półpiętrach stromych, wysokich schodów, no i musiał odzyskać oddech przed obcowaniem z 
Dzwonem.

Te schody są jakby coraz wyższe, jakby coraz więcej pięter. Odpoczywał, wyglądając przez małe gotyckie okienko. Widać było daleki horyzont i wioskę, z której pochodził. Pamiętał jeszcze moment, kiedy Dzwon przemówił do niego. Słyszał go od zawsze tak, jak od zawsze słychać było głos z wieży klasztornej, ale to był ten dzień, w którym przestał jeść wykradzione z kuchni mięso; wiecznie głodny i niedożywiony wyrostek capnął kawał mięsa i uciekł za obórkę. Wtedy uderzył Dzwon! Wtedy otwarły się jego oczy, opuścił niesione do ust mięso, które wyrwał mu i 
zjadł pies. Wtedy może jeszcze nie wiedział, ale czuł, że jego życie na zawsze związane jest z

Dzwonem.

Później, co dzień w porze, w której odzywał się On, był pod murami klasztoru. Braciszkowie 
polubili chłopaka, z czasem mógł wejść na wieżę z bratem Anzelmem. Pamiętał ten pierwszy raz, gdy Go usłyszał i zobaczył - pamiętał i nie pamiętał zarazem, bo sprowadzili go nieprzytomnego, nie poznającego i głuchego. Następnym razem wolno mu było wejść dopiero, gdy wrzucił na siebie habit nowicjusza. Od razu było wiadomo, że Szymon, brat Szymon, będzie opiekował się Dzwonem. Brat Anzelm był już stary, a żarliwa miłość i sumienność przekonały opata, by mimo młodego wieku, powierzył Dzwon właśnie Szymonowi.

Tak. To już pięćdziesiąt lat, odkąd systematycznie dwa razy dziennie, na mszę poranną i wieczorną Szymon wdrapywał się na wieżę i ciągnął za sznur. Nie schodził do kaplicy. Było przyjęte, że dzwonnik modli się na wieży. Ale brat Szymon nie modlił się, jego modlitwą było 
uderzanie serca Dzwonu. To serce biło w niego i to on był sercem, to on uderzał w Dzwon i to on 
dźwięczał razem z Dzwonem. To była jego modlitwa. To było jego życie. Dzwon.

Belka, na której Dzwon się kołysał skrzypiała kością jego ramienia, a sznury napinały się jego ścięgnami. Głos wybuchał mu z trzewi. Później przydany mu do pomocy młody braciszek pytał go, dlaczego płacze; wykrętnie coś tłumaczył o pyle sypiącym się ze stropu podczas pracy Dzwonu. Nie uwierzył, mniejsza z tym.

Coraz wyższa jest ta wieża, coraz wyższe schody, okrutna drwina przedmiotów - brewiarz, który umyka z rąk i nie można go znaleźć, kubek, który wylewa mleko na habit, chleb uciekający z ust...

Uważne spojrzenie Boga na brata Szymona objawiło się w słowach opata, który patrząc w ziemię rzekł:

- Bracie, nikt nie jest wieczny, jesteśmy tylko niedoskonałymi narzędziami pracującymi na chwałę Pana, lat masz już wiele. Dzwon ciężki, wieża wysoka, brat Damian przejmie od jutra twoje obowiązki.

Coś tam jeszcze mówił, usprawiedliwiał się, ukazywał uroki spokojnego życia już bez żadnych obowiązków. Szymon spodziewał się tego, ale i tak spadło to na niego jak topór.

Wieża jest dziś za wysoka po raz ostatni. Na ten raz, powiedział, chce być z Dzwonem sam. Rusztowanie, to jego ręce trzymają tam u góry klosz Dzwonu, aortę, na której wisi serce, mają z Dzwonem jedną, prowadzącą do wspólnego serca. Patrzył z napięciem w metal. On drżał! Dzwon płakał kroplami rosy spadającymi z brzegów i drżał wyraźnie! Szymon położył dłoń na 
ornamencie. Uśmiechnął się, już był spokojny, już wiedział. Niezgrabnymi, starczymi dłońmi chwycił sznur.

Opat zastanawiał się smutno, jak też brat Szymon da sobie radę na dole; jego miłość do Dzwonu 
była przedmiotem żartów w nowicjacie, a głębokiego szacunku wśród braci. Opat przyszedł do 
szkółki, a Szymon już był dzwonnikiem, jakby był tu od zawsze, nieodłączna część dzwonu. Dziś on to oddziela. Nagle drgnął. Dzwon bił, ale jakoś inaczej, jakby głucho, ze skargą, wyciem jakiś przeciągły, wibrujący głos, a przecież znał głos dzwonu, już dwadzieścia lat jest tu opatem. Dzwon płakał, wył, słyszeli to wszyscy i zamiast zwyczajowych dwunastu razy bił i bił już ponad 
trzydzieści! Wszyscy słuchali znieruchomiali, gdy opat skinął na furtiana i pomocnika. Ruszyli 
biegiem na wieżę. Widok, jaki zobaczyli przeraził ich. Zatrzymali z trudem rozhuśtany Dzwon i kołyszące się u serca ciało brata Szymona. Nie dało się odplątać sznura. Ciało trzeba było odciąć wraz z sercem Dzwonu. A wezwany później ludwisarz stwierdził, że dzwon jest pęknięty.

Z archiwum

Jerzy Suchanek - ZA CO KOCHAM PISARZA PASTUSZEWSKIEGO

Od początku - czyli od swego prozatorskiego debiutu zbiorem opowiadań "Dziwne sprawy" w 1980 roku - Stefan Pastuszewski z zacięciem iście reporterskim opisuje naszą teraźniejszość. Bliższa lub dalsza przeszłość interesuje go o tyle, o ile potrzebna jest do uwiarygodnienia tego, co dzisiaj, teraz. Jest pisarzem reagującym natychmiast, a szczególnie na dewiacje życia politycznego, społecznego, religijnego i rodzinnego. Czytelnika, który zna również poezje autora "Proboszcza", zapewne zaskakują niemal wrogie sobie dwa jego wcielenia. Podmiot liryczny wierszy Pastuszewskiego to apologeta raczej duchowego erotyzmu, wielbiciel kobiecego piękna, wrażliwy kochanek. Narrator prozy nie waha się szczotką i raszplą zdzierać z postaci kobiecych makijażu i bielizny, aby tylko wykazać, że - wykraczając poza role posłusznych żon, cierpliwych matek i przykładnych parafianek - dokonują samogwałtu na swej biologicznej konstrukcji. Przyznam, że w tej swoistej mizoginii chętnie się z Pastuszewskim-narratorem łączę, choć sam nie odnoszę się krytycznie do kobiet obyczajowo nieskrępowanych. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy swoją swobodę poddają dyktatowi ideologii feminizmu i namolnie manifestują upodobanie do dewiacji (politycznych i seksualnych). Jako że równouprawnienie kobiet i mężczyzn według ich przekonania i praktyki jest dopiero wtedy, kiedy kobiety rządzą mężczyznami. No tak... Gdyby pani polonistka zapytała mnie w szkole, za co kocham pisarza Pastuszewskiego, nie mógłbym odpowiedzieć pani polonistce, że za mizoginię, antyfeminizm, czy coś takiego...

    Ryzykowałbym jedynkę, bo przecież za to powinienem "nie kochać"... Jak również za polityczną niepoprawność, czyli de facto posiadanie i artykułowanie własnego zdania, zdania odmiennego od narzucanego nam wszystkim siłą mediów (elektronicznych i papierowych), które dzisiaj są równie pluralistyczne, jak media przed 1989 r, w peerelu.

    Stefan Pastuszewski w swoim najnowszym zbiorze opowiadań "Coś się kończy, coś się zaczyna...", opisując fatalny stan naszej rzeczywistości społecznej i moralnej, antycypację przyszłości ogranicza do uzasadnionego przeczucia, że Polska zostanie w objęciach Unii Europejskiej zmarginalizowana do kraju tranzytowego i zwasalizowana przez Niemcy (przy pomocy Rosji), co jest poglądem nie tylko niepoprawnym politycznie, ale tępionym przez samozwańczych (czyli wytypowanych przez wpływowych postkomunistów i socjalistów) sędziów politycznej poprawności.

    I tak w opowiadaniu "Kobiety piszą..." Pastuszewski rozprawia się z mitem demokracji, która nim się u nas zaczęła, już stała się plutokracją. Pokazani w opowiadaniu kandydaci do parlamentu europejskiego na pewno nie będą realizować interesów swoich wyborców, tylko interesy kapitałów, jeden obcego, drugi miejscowego. Karykaturuje polityków autor "Dwunastu pań i panów w lusterkach" w sposób bezlitosny, a tym bardziej bezlitosny, że nie tylko poprzez wszystkowidzący obiektyw narratora, ale także oczami ich partnerek - luksusowej kurwy i tzw. kury domowej. Obie bohaterki są równie groteskowe, jak "obsługiwani" przez nie politycy. Pierwsza układa (raczej w myślach niż na papierze) wiersze, druga prowadzi pamiętnik. Wiersze, których fragmenty pojawiają się w opowiadaniu, posługują się wyszukanym, rozestetyzowanym językiem (np. "jęki są rytmem wspólnej sonaty (...)"), natomiast pamiętnik pisany jest mięsistą, naturalistyczną prozą: "(...) Nie chodzi wtedy wcale o orgazm, tylko o rozgrzanie podbrzusza, co działa wówczas jak najlepszy kataplast". Czyżby bohaterki były alter ego Pastuszewskiego  - odpowiednio poety i prozaika? Tak to zadziwiające, że nie będę tego rozstrzygać... Skoro narrator tak oto puentuje "literackie" upodobania Teresy i Hanki: "Kobiety piszą. Piszą całą prawdę o sobie. Tylko o sobie."

    Kolejne opowiadanie, "W ogrodzie mądrości", jest przypowieścią w stylu Hermanna Hesse, który nawet jako autor "Wilka stepowego" i "Gry szklanych paciorków" nie dość jest znany i popularny. A szkoda, bo w "Grze szklanych paciorków" kreuje obraz cywilizacji alternatywnej do paneuropejskiego konsumpcjonizmu.

    Tytułowy "ogród mądrości", ani przyrodniczo, ani geograficznie nie jest określony. Jak raj - miejsce eksterytorialne, niejako neutralne, uprawdopodobniające możliwość swobodnego dyskursu. Ogrodnik, czyli po prostu Bóg, rozmawia z Ktosiem - czołowym, choć poślednim, politykiem, wywyższonym przez właścicieli europejskiej demokracji. Do tej rozmowy co rusz wtrąca swoje trzy grosze narrator, a to precyzując i konkretyzując racje Boga, a to dyskredytując mniemania Ktosia. Pastuszewski nie zostawia wyboru czytelnikowi. Narrator wie lepiej - dlatego jest narratorem. Ta zarzucona przez większość - jeśli nie wszystkich - pisarzy figura wszystkowiedzącego narratora niespodziewanie okazuje się dzisiaj równie nośna literacko, jak w XIX wieku. Zgodna jest też zresztą z całą filozofią pisarską Pastuszewskiego. Cóż bowiem mogłoby uprawniać pisarza do narzucania się czytelnikowi(kom), jak nie to, że posiada własne zdanie w sprawach, o których mówi? Pisarz nie może być nieodróżnialny od "miernych, ale wiernych" (swym mocodawcom) dziennikarzy. Upominając się o chrześcijańskie, Testamentowe wartości i upominając możnych i maluczkich tego świata, by nie uzurpowali sobie kwalifikacji boskich, Pastuszewski przywraca literaturze utraconą przez nią w komercyjnym wyścigu godność.

    Ogrodnik, w czym interpretacyjnie wspiera go narrator, strofuje też hierarchów kościoła katolickiego - między innymi za rozcieńczanie wiary w obojętnym płynie poprawności politycznej właśnie. Cóż, jeśli już przecierpiano "Proboszcza", kontrowersyjną powieść o księdzu, to znowu Pastuszewski się uchroni przed zaetykietowaniem go, jako pisarza katolickiego...

    Opowiadania "Szaleństwo Koszyka" i "Jewrołagier" poświęca Pastuszewski rozwianiu złudzeń, że to tylko elity polityczne są skorumpowane, rządzą się wilczymi prawami, ich członkowie działają motywowani wzajemną zawiścią i wyłącznie dla własnych, prywatnych korzyści oraz bez skrupułów niszczą od wewnątrz polską państwowość za obce pieniądze. Tak dobrze to nie jest. Demoralizacja elit odzwierciedla demoralizację plebsu. Jak na górze, tak na dole. Czy raczej, skoro system jakoby demokratyczny - jak na dole, tak na górze? Jasne, że najwięcej śmiecia wypchnął do góry peerel - niestety w III Rzeczpospolitej wiele się pod tym względem nie zmieniło. Przyzwolenie dla robienia rzeczy złych, paskudnych płynie z góry na dół i z dołu do góry. Do przekształcenia Polski w państewko, czy raczej teren tranzytowy, świadomie i nieświadomie bez żenady przykładają rękę i kandydaci do europarlamentu (jak w opowiadaniu "Kobiety piszą...") i kelnerki. Prezesi i bandyci. Demokracja okazuje się dyktaturą pieniądza, nie tylko dlatego, że została zawłaszczona przez plutokrację. Pod przykrywką politycznej poprawności, nieograniczonych praw człowieka eliminowane są wartości podstawowe, wypracowane przez chrześcijaństwo. Trzeba się przenieść do mniejszego mieszkania - jak w opowiadaniu "Do życia"? To trzeba dokonać eutanazji dziadka, postarawszy się wcześniej o pseudoreligijne uzasadnienie dla tego morderstwa. Koszty utrzymania muszą być zminimalizowane, zyski zmaksymalizowane: w skali rodziny, w skali przedsiębiorstwa, w skali "terenu tranzytowego". Cynizm i obłuda, pazerność i brak skrupułów przeniknęły także i bez problemów do korporacji zawodowych, do stowarzyszeń, które statutowo miały chronić godności poszczególnych profesji, a faktycznie przekształciły się w sitwy, mające na celu ukrywanie błędów zawodowych, popełnianych przez ich członków. W inspirowanym przez zawalenie się hali targowej w Katowicach w 2006 r. (i spowodowaną tym śmierć kilkudziesięciu ludzi, a tragedię setek) opowiadaniu "Stowarzyszenie" Pastuszewski obnaża mechanizmy wymigiwania się od odpowiedzialności za katastrofę budowlaną projektantów oraz wykonawców budowli i mechanizmy powstawania takiego bubla budowlanego. Od siebie dodam w tym miejscu, że z podobnym "wymigiwaniem się" mieliśmy do czynienia również po katastrofie w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej (także w 2006 r.). I zapytam o wzory moralne, a raczej o to, czy jakiekolwiek są przekazywane młodzieży studiującej w politechnikach i akademiach? Czy też jedynymi są te, których uczy się ona z mediów, np. z filmów sensacyjnych i kryminalnych, propagujących zasadę, że nie chodzi o to, żeby nie popełniać przestępstwa, ale żeby nie dać się złapać? W trakcie ubiegłorocznych juwenaliów w Krakowie studenci-chuligani podpalili samochód, a około 1000 studentów Akademii Górniczo-Hutniczej, którzy byli tego świadkami, zgodnie i fałszywie zeznało policji, że samochód zapalił się i przewrócił na dach sam. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za fałszywe zeznania? Czy absolwenci tej i innych uczelni nie będą posyłać ludzi na śmierć w kopalniach i w źle zbudowanych budynkach?

    Kreśli Pastuszewski w zbiorze opowiadań "Coś się kończy, coś się zaczyna..." obraz III Rzeczypospolitej przerysowany, karykaturalny, to pewne, ale przez to prawdziwy. Wykorzystuje do tego język gazetowego reportażu: prosty, niekiedy wręcz prymitywny, ale przez to żywy i wiarygodny. Gdy jego bohaterowie i narrator zanurzają się w dyskurs o filozoficznym wymiarze, pisarz sięga po środki publicystyki politycznej, które - w razie potrzeby - wzbogaca o stylistykę filozoficzno-biblijną. Jak w opowiadaniu "W ogrodzie mądrości" i w niesamowitym "Bóg tak musiał", w którym narrator wciela się w samego Pana Boga, wyjaśniającego i usprawiedliwiającego śmierć jedynaka nazbyt ambitnemu ojcu między innymi tym, że nie tyle - jako Bóg - "chciał", lecz po prostu "musiał", bo aspiracje tegoż ojca względem kariery syna rujnowały boski porządek.

    Czy bohater opowiadania "Pierwszy dzień urlopu" jest porte parole Pastuszewskiego, jeśli chodzi o to, czym tak naprawdę jest w jego oczach III Rzeczpospolita? I tak, i nie. Tak, bo pisarz daje czytelnikowi pewność, że - właśnie jako pisarz - pracuje w "Biurze Niedokończonej Rewolucji", ergo w zlepku peerelu z parodią demokracji, który to zlepek rozpoczęto lepić w okolicach 1989 roku. Nie, bo pisarz, to taki osobnik, który urlopu nie bierze nigdy, a nawet jak go bierze, to przychodzi do tego swojego "biura" zaraz pierwszego "wolnego" dnia. Ależ są pisarze, którzy urlopują, ktoś się obruszy. Tak, wielu pisarzy urlopuje, a innymi słowy: wzięło urlop z pisania o naszej współczesności, o naszym dniu dzisiejszym. Ale nie Pastuszewski (za co - i na nic mam drwiny i uśmieszki za moimi plecami - również Go kocham!).

    Niekiedy - jak w opowiadaniach "Czarna Manuczyna" i "Chirurg realny" - przez Pastuszewskiego prozaika próbuje się przedrzeć - z poezji do prozy - Pastuszewski poeta. Jeśli Pastuszewski-prozaik bez pardonu rozprawia się z wyemancypowanymi kobietami, porzucającymi swe naturalne role, zgrabnie ujęte przez cesarza Wilhelma II Hohenzollerna w sentencji Die drei K, czyli Kinder, Küche, Kirche, to Pastuszewski-poeta cierpi wraz ze swymi bohaterami, których te kobiety zostawiły, porzuciły, zdradziły, dla których kobiety, jakich chcieliby pragnąć, lub pragną, zawsze będą niedostępne. Ile w tym winy uniwersalnie źle pojmowanego i źle praktykowanego równouprawnienia kobiet i mężczyzn,  a ile winy degrengolady społecznej, którą spowodował ów zlepek, ulepiony pod słynnym "okrągłym stołem", to już polecam czytelnikom samodzielnie sprawdzić w tej i innych książkach Stefana Pastuszewskiego.

    Jerzy Suchanek

    Stefan Pastuszewski, Coś się kończy, coś się zaczyna..., Instytut Wydawniczy "Świadectwo", Bydgoszcz 2006, ss. 148.

Z archiwum

Marta Dobaczewska - TUTAM

Ciemno tu,

Pusto tu,

A tam?

Również ciemno i pusto.

Jestem tu i myślę.

Gdybym była tam,

To by coś zmieniło?

Czy była bym tą samą osobą?

Może inne plany i marzenia...

Może inaczej odczuwałabym pustkę...?

Na pewno nie byłabym tu,

Tylko tam.

Ale gdzie jest to tajemnicze, ciemne i puste "Tam"?

Może to "Tam" jest tu?

Przecież "Tu" jest również ciemno i pusto...,

Więc co za różnica? 

Pod nogami kruchy lód



Czas biegnie

Pędzi nieubłaganie

A ja stoję nadal

I rozglądam się

Nie wiem czego chcę

nie wiem czego pragnę

I co jest dla mnie najlepsze

Czekam za czymś

Czekam za kimś

Czekam za Tobą!

Czas nadal biegnie

A moja droga

Jest jak bieg po cienkim lodzie

Każdy krok to pułapka

Coraz dalej... dalej

Aż się złamie...

Boję się zimna

Jakim jest lód

Boję się wilgoci

Jaką są łzy

Boję się bólu

Jakim jest upadek

Pod nogami kruchy lód

W oczach tańczą łzy

Zimne rany...

akant.org: